środa, 28 stycznia 2015

praca i dziecko - technika pomodoro

Największym wyzwaniem dla świeżo upieczonego rodzica jest organizacja czasu. Pierwsze tygodnie to naprzemiennie sen i posiłek dla pociechy. Jednak bardzo szybko świat staje się dla dziecka na tyle ciekawy, że chce ono go poznawać cały czas a sen staje się dla niego jedynie nudną koniecznością, na która nie zawsze się zgadza.

Czas staje się wówczas jedną z najcenniejszych dla nas rzeczy bo przy dziecku praca nigdy się nie kończy; gdy ono zaśnie właśnie wtedy mamy czas by zająć się pozostałymi obowiązkami. Kiedy mamy więcej szczęścia i ktoś może nas wyręczyć z opieki nad dzieckiem możemy zabrać się do pracy. Bardzo istotna jest wówczas sama mobilizacja szczególnie, że mamy ochotę nadrobić ten czas np. w mediach społecznościowych lub przy innych czynnościach, które z samą pracą mają niewiele wspólnego. Z pomocą może nam przyjść "rutyna dnia", dzięki czemu możemy lepiej zagospodarować czas oraz usystematyzować i podzielić obowiązki. Największym błędem, który jest wtedy popełniany, jest bark planu. Gdy wydaje Ci się, że wiesz doskonale co masz do zrobienia bez wcześniej przygotowanego planu muszę Cię rozczarować - długo tak nie pociągniesz.

Prawdziwą sztuką jest nie tyle umiejętność wykonania wszystkiego od A do Z wg wcześniej ustalonej listy ale dostosowywanie planu do bieżącej sytuacji i szybka umiejętność jego modyfikacji. Polecam przyglądnięcie się poszczególnym czynnościom jako na mechanizmy składające w skład których wchodzą procesy. Niektóre rzeczy jesteśmy w stanie wykonywać nie w ciągu linearnym, ale poprzez podzielenie ich na części. W międzyczasie możemy wykonywać inny proces z kolejnej czynności.

Załóżmy, że masz ok 4h, które możesz poświęcić pracy. Jak zatem zabierasz się do wspomnianych wcześniej procesów? Praca w ciągu do momentu zmęczenia i kawy to zły pomysł. Przyjrzyj się na cały ten czas i swoją pracę jak na bieg długodystansowca. Pomimo, iż on stale zużywa swoją energię na bieg, to dzieli on cały wysiłek na etapy, podczas których także odpoczywa.

Zasada nr. 1 - właściwy odpoczynek to podstawa efektywnej pracy - "właściwy" to nie znaczy bezwiednie spędzony czas na Facebooku. Wstań od komputera, zrób kilka przysiadów, otwórz okno, połóż się na chwilę.

Zasada nr. 2 - gdy nie odpoczywasz - pracuj. Nie udawaj przed samym sobą, że sprawdzenie poczty, smsów itp. jest Ci niezbędne do pracy, bo (jeśli nie wymaga tego Twoja profesja) nie jest!



TECHNIKA POMODORO to jedna z najprostszych i jednocześnie najskuteczniejszych sposobów na opanowanie czasu i ujarzmienie wewnętrznego rozleniwienia. Potrzebujesz jedynie minutnika, długopisu, kartki papieru/notesu elektronicznego i bezwzględnego przestrzegania zasad.
Najpierw określamy zadania jakie mamy do wykonania. Następnie ustawiamy minutnik na 25 minut i nieprzerwanie pracujemy w tym czasie nie rozpraszając się na żadne inne czynności. Po tym czasie mamy 5-minutową przerwę, podczas, której efektywnie odpoczywamy. Następnie wracamy do kolejnego 25-minutowego cyklu pracy.
Po 4 cyklach pracy następuje kolejna - tym razem dłuższa bo 20-30 minutowa przerwa. Następnie wracamy do poprzednio ustalonej rutyny. Możesz zindywidualizować jednostki czasowe (np. 30 min pracy i 7 min odpoczynku), ale pamiętaj - dźwięk minutnika to definitywny koniec pracy/odpoczynku. Wykonujemy wówczas wszystkie procesy i każdy, który zostanie zamknięty na naszej liście odznaczamy jako wypełniony.
Technika ta jest prosta i właśnie w tej prostocie tkwi jej skuteczność. Wszelkie rozpraszacze powinny być usunięte (komórkę najlepiej wyciszyć. Niektórzy w tym czasie odłączają internet ale ja tego nie praktykuję. Ważniejsza jest samodyscyplina).

Podsumowując:
1. Do zadań wypełnionych w 1 pomodoro przed czasem dorzucamy następne z listy i wykonujemy je w wyznaczonym czasie - dzięki temu szybciej skończymy naszą pracę.
2. Nie dzielimy poszczególnych cyklów. Ta niepodzielność mobilizuje najbardziej - praca to praca, odpoczynek to czas wolny.
3. Pomodoro wykorzystujemy w czasie pracy. Czas wolny służy regeneracji.

Polecam tę technikę i nie ma nic przyjemniejszego niż kolejne odznaczanie zajęć już wykonanych. Zatem powodzenia.

środa, 7 stycznia 2015

O tolerancji ciąg dalszy

Gdy postawię przed Tobą szklankę wody napełnioną do połowy wodą odpowiesz że jest ona pusta czy pełna? To z pozoru błahe i już wałkowane przez niemal każdego od lat pytanie zadałem sobie po napisaniu ostatniego posta. 
Miałem pozostawić temat dotyczący tolerancji i równości i ruszyć z nowym zagadnieniem na blogu, jednak dalsze dyskusje w sieci na temat pomysłu obsadzenia Idrisa Elby w roli Bonda zmotywowały mnie by raz jeszcze przeczytać poprzedni tekst. Odnosił się on do tolerancji a skupiłem się na zupełnie innym zagadnieniu jakim jest poprawność polityczna, przez co powstał tekst z dość gorzkim przesłaniem. Zazwyczaj staram się być pozytywnie nastawionym do działania ale popłynąłem na tym negatywnym flow. Powiedziałem temu STOP. 

Ale od początku: od wieków mamy problem z odwzorowaniem wizerunku postaci. Jeśli chodzi o władców byli oni często przedstawiani w taki sposób by przerysować lub uwydatnić ich cechy charakteru poprzez korektę ich wizerunku. Pamiętacie jak wyglądali faraonowie? Zawsze byli smukli, wysocy, po prostu wielcy - symbolizowało to ich wysoki status społeczny i rzekomo boskie pochodzenie. Władców europejskich często ukazywaliśmy tuszując ich wizualne niedostatki. Nauczyliśmy się jednak tolerancji i zrozumienia dla inności. Przyjmowania wizerunku innych osób odpowiadającego rzeczywistości i to już całkiem dawno temu. Nie mamy problemu z tym, że matka Aleksandra Dumasa była czarnoskórą niewolnica Marie-Cassette, pradziadkiem Aleksandra Puszkina (najbardziej rosyjskiego z rosyjskich pisarzy) był Abisyńczyk o ciemnej skórze, który otrzymał szlachectwo od cara Piotra I a Polacy mieli czarnoskórego generała - Władysława Jabłonowskiego. Ale mamy problem z tym by fikcyjną postać miał zagrać czarnoskóry aktor. Całkiem niedawno przeszkadzało ludziom to, że Craig jest blondynem a teraz jest uznawany przez wielu za najlepsze wcielenie Jamesa Bonda...


W kinie od lat wybielaliśmy postaci, czego przykładem może być Mickey Rooney grający Japończyka - pana Yunioshi w "Śniadaniu u Tiffany'ego", Benedict Cumberbatch w "Star Treku" zagrał Hindusa Khana, John Wayne - Dżyngis-chana, Ben Affleck w "Argo" - osobę o latynoskim pochodzeniu - Mendeza… Przykłady możemy mnożyć. Jedne z tych kreacji były mniej lub bardziej udane, jednak nie mamy problemu z tolerancją. czy ktoś wyobraża dziś sobie, że Elizabeth Taylor mogłaby nie zagrać Kleopatry?! I teraz pytanie - w czym tkwi problem skoro Idris zagrał nordyckiego boga Heimdala w "Thorze" i wyszło mu to naprawdę nieźle?!

Czy Elba ze względu na swój kolor skóry nie potrafi wcielić się w Agenta Jej Królewskiej Mości? Czy w Anglii setki lat temu nie żyli czarnoskórzy? I finalnie - z czym konkretnie nie mógłby on sobie poradzić? Przykre jest to, że w czasach całkowitej globalizacji, swobodnego przepływu wiedzy i myśli, z doświadczeniami, jakie są za nami i całą naszą historią nadal tkwimy w tym intelektualnym prowincjonaliźmie. Wystarczy jedynie spojrzeć z innej perspektywy. Zastanowić się spokojnie by znaleźć pozytywne strony rzeczy, które pozornie są nam odległe światopoglądowo. Okaże się wówczas, że to co tak odległe, wcale nie jest czymś złym.

Elba jako Bond z pewnością wprowadziłby nową jakość w kinie akcji. Jest utalentowanym aktorem brytyjskiego pochodzenia z dorobkiem aktorskim, który wskazuje, że świetnie poradziłby sobie tworząc na nowo postać Bonda. Czekam na to i mam cichą nadzieję, że zobaczymy dojrzałą i złożoną postać. A dla mnie ma po prostu mega plusa za postać kapitana o imieniu Janek z "Prometeusza".


poniedziałek, 5 stycznia 2015

O tolerancji, czyli jak czarnoskóry Bond wywołał burzę w szklance wody



Od dziecka uwielbiam postać Jamesa Bonda. Przez lata bardzo się zmieniał - oprócz tego, że chudł, rósł, zmieniał kolor włosów, twarz i głos to miał coraz lepsze gadżety. Każdego Bonda za coś lubię. Nawet George Lazenby nie był taki zły a już na pewno Daniel Craig wprowadził Bonda w nowe tysiąclecie i to z niezłym przytupem. Dziś zakończono pierwsze zdjęcia do najnowszej części, która ukaże się pod tytułem "SPECTRE" i znów rozgorzała w sieci gorąca dyskusja wraz z pytaniem: "CZY BOND MOŻE BYĆ CZARNY?" a internet zalała fala komentarzy zwolenników, jak i przeciwników tego pomysłu.



Ale od początku - jakiś czas temu wypłynęła informacja, że następcą Daniela Craiga mógłby zostać  Idris Elba. Utalentowany, dobrze zbudowany, ze świetnym filmowym cv aktor. Dodajmy - czarnoskóry aktor. Nie wiem czy Ian Fleming miałby coś przeciw temu. Zapewne nie, jednak tworząc tę postać z pewnością nie miał on na myśli czarnoskórego agenta.

O ile nie dziwi mnie fakt całej tej dyskusji w internecie o tyle zaskakuje czemu są osoby upierające się, że "Bond musi być czarny bo to wymóg czasu i zmiany mentalności a poza tym tak nakazuje poprawność polityczna". Ta ostatnia przyniosła wiele szkody, gdyż dziś mam wrażenie, że niewskazanym jest myśleć racjonalnie a wręcz trzeba myśleć i działać "poprawnie". Zastanawiam się też czy Idris wolałby stworzyć nową kultowa postać osadzoną w podobnym uniwersum niż być kolejnym bondowym wcieleniem. Pomysł z pewnością odważny choć wolałbym by o wyborze konkretnego aktora decydował talent, umiejętności kreowania bohatera, pracowitość czyli wszystko to, co bierze się pod uwagę widząc stworzoną postać na ekranie a nie samego aktora X.

Odpowiedź na pytanie o kolor skóry pozostawiam otwartą. Wolałbym jednak by poprawność polityczna nie decydowała o sposobie odczuwania i myślenia. Bardziej zasadnym wydaje się by cała uwaga była skupiana na sposobie komunikowania. Sądzę, że tutaj tkwi istota problemu. Należy umieć wyjaśniać i argumentować to, co jest dla nas ważne z uwzględnieniem uczuć i zdania innych osób. Dotyczy to zarówno tolerancji dla osób o innym kolorze skóry, ale także, a może w szczególności, tego, by szanować zdanie i przede wszystkim wartości innych osób. To mój obowiązek jako rodzica nauczyć dziecko szacunku do świata bo tylko w ten sposób A. uzyska go z zewnątrz.

niedziela, 4 stycznia 2015

Kim chcesz być? Kim chcesz by było Twoje dziecko?

Kiedy patrzę na swoją córkę to zdarzają się momenty, w których całkowicie mnie ona zaskakuje. Nie chodzi o to jakie nowe umiejętności zdobywa i jak się rozwija. Fascynuje mnie fakt, że ona cały czas próbuje. Nie liczyłem nigdy upadków, gdy uczyła się chodzić, a było tego było sporo, mimo to stale i konsekwentnie A. podnosiła się i podejmowała kolejną próbę. Wynika to z faktu, że dziecko nie ma wdrukowanego słowa porażka w swoim genotypie. Takie pojęcie nie istnieje. Jest za to silnie sprecyzowany CEL.

To godne podziwu, kiedy widzi się kogoś próbującego aż do skutku dopiąć swego w swoich dążeniach szczególnie, kiedy sami w pewnym momencie odpuszczamy. Zastanawiam się jak to się dzieje, że w pewnym momencie naszego życia uczymy się błędnie oceniać nasze możliwości i szanse i pojawiają się stwierdzenia typu: "NIE DA SIĘ". Bez względu na to jak blisko celu jesteśmy, a czasem dzieli nas jedynie krok, rezygnujemy tłumacząc sobie, że dalsze działania nie mają sensu.



Jak to się stało, że my dorośli przestaliśmy być Kolumbami, Kukuczkami… Jak to się stało, że przestaliśmy próbować i staliśmy się wyrobnikami marnującymi swój potencjał?
Pamiętacie mit o Syzyfie? W szkole mówi się, że to bezcelowy trud. Praca bez jakichkolwiek korzyści, która nie niesie za sobą żadnego sukcesu. Pani od polskiego wyjaśnia dzieciom, że to praca nie mająca sensu i w takim przypadku nim podejmiemy trud trzeba zaprzestać podejmowania wysiłku.

W mojej opinii mamy problem w określeniu pojęcia "SUKCES" i "ZWYCIĘSTWO" widząc w nich tylko jednostkową zapłatę za podjęty trud, który jest na samym końcu. TRUD zaś jest pojmowany jako   wyczerpujący proces ponad siły, o którym marzymy by jak najszybciej się skończył. Nie dostrzegamy jego znaczenia przez co w konsekwencji nie podnosimy sobie wysoko poprzeczki zachowując poziom małostatysfakcjonującego bezpieczeństwa. Poprzez porzucenie realizacji własnych marzeń stajemy się malkontentami wierząc w nasz racjonalizm i zrównoważenie. W gruncie rzeczy dokonujemy złej oceny własnych sił i potencjału. Umniejszamy samym sobie dla własnej wygody co rodzi niezadowolenie i  frustrację. Nie chodzi o myślenie Polyanny, ale o wiarę, którą tracimy z czasem i odbieramy ją swym dzieciom wpajając im, że pewne próby działania nie mają sensu.

Jako rodzic pragnę by A. była szczęśliwa w życiu dorosłym. Nie da się tego zrobić jedną rozmową, gdy będzie nastolatką. To ciągły proces, który zaczyna się znacznie wcześniej. Moim obowiązkiem jako rodzica jest nie przeszkadzanie w dążeniu do jej własnych celów. Kim chcę by była A.? To złe pytanie, ona zawsze będzie kimś. Chcę by nie zanikł w niej ten mały marzyciel i chcę by również on był zawsze przy niej.


środa, 26 listopada 2014

Ojciec "drwaloseksualny"

Ostatnio w necie oraz mediach mainstreamowych pada nader często słowo "drwaloseksualny". Przypomnę w dużym uproszczeniu: to nowy kanon piękna/stylu u mężczyzn, który pojawił się w odpowiedzi do metroseksualizmu. Jest niemal całkowitym jego zaprzeczeniem. Mężczyzna nie nosi spodni-rurek, ma zarost (najlepiej długą brodę), nosi ciężkie buty i przypomina wyglądem kanadyjskiego drwala (flanelowa koszula w kratę, szerokie spodnie i gruby wełniany sweter). Zarost kojarzy się z czymś dzikim i pierwotnym, mocne ramiona z bezpieczeństwem, silne ręce z pomocą itd… Słowem facet ma wyglądać jak chłop śląski: "w ramionach szeroki w d…. wąski. :)

Sama kreacja mężczyzny drwaloseksualnego jest ok. Nie kwestionuję tego, bo taki wygląd jest zwyczajnie przyjemny dla oka. I choć jest to jedynie kreacja to mam wrażenie, że jej pojawienie się jest wynikiem kryzysu męskości w świecie. Męskość to empatia, opanowanie, spokój, bezpieczeństwo, to pomoc, wsparcie, wiara w wartości… to coś więcej niż wizerunek. Zrozumiałe jest zwizualizowanie tych cech w postaci mężczyzny z lasu trzymającego w ręku siekierę, który nie jest wymuskany, ale cały jego wizerunek komunikuje, że jest gotowy do działania. Żywię nadzieję, że wraz ze zmianą kanonu piękna mężczyzny proponowanego w mediach (co dla mnie nie ma większego znaczenia) zmieni się także jego charakter na lepszy a oba te elementy będą spójne i drwal nie będzie jedynie kolejną rolą, w jaką wcielają się mężczyźni.

To od nas-ojców zależy jaki wzorzec będą mieć nasze dzieci. Będą one przyglądać się naszym reakcjom, w  różnych sytuacjach, będą liczyć na naszą zaradność, opanowanie czy też siłę gdy będzie tego wymagać sytuacja. To co zobaczą w nas i jak nas zapamiętają będzie dla nich wyznacznikiem tego z kim zwiążą się nasze córki i na jakich mężczyzn wyrosną nasi synowie.

A co do prawdziwych mężczyzn to przytaczam znalezioną w sieci ikonografikę. Dla mnie to jest prawdziwy typ drwalopodobny. I kto powiedział, że drwal musi mieć brodę?:

piątek, 31 października 2014

Strachy mojego dzieciństwa

Witajcie.
W związku z tym, że dziś w krajach anglojęzycznych obchodzone jest święto Halloween postanowiłem napisać posta wspominkowego. Bez względu na to czy jesteś "za" czy też "przeciw" tej tradycji, wiedz, że również przedchrześcijańscy Słowianie dokładnie tej samej nocy obchodzili obrzęd Dziadów. Kościół z jednej strony z tym walczył, z drugiej zaś - przyswajał sobie tę tradycję przekształcając ją tak, by nie miała związku z zabobonami. Dziś noc guseł w Polsce zapewne wyglądałby jak jego amerykański odpowiednik.
Wieczór ten przypomniał mi o tym, że każdy z nas lubi się bać, ale chyba najtrwalsze lęki wspominamy z naszego dzieciństwa. Moje dzieciństwo upływało wraz z końcem lat 80-tych i początkiem 90-tych. W związku z tym, że nie było internetu czy kablówki a antena satelitarna i magnetowid stanowiły okno na wielki świat baliśmy się m.in. rzeczy, które widzieliśmy na kasetach VHS. Poniżej przygotowałem małe zestawienie tego co przerażało mnie, gdy byłem mały:
1. Dzięki amerykańskim slasherom poznałem największych zabójczych freaków, których bałem się bardziej niż pani uczącej nas języka polskiego (a wierzcie - było się kogo bać!;). Byli to: Jason Voorhees, Michael Myers, Freddy Kruger, Leatherface. Filmy były krwawe ale właśnie dzieciaki (ba całe rodziny!) oglądały wszystko jak leci wypożyczając kasety w wypożyczalniach lub podrzucając taśmy "na wymianę". Zdarzały się nieprzespane noce ale jakoś nie wyrośliśmy na psychopatów a wrażenia pozostały do dziś

2. Diabeł Piszczałka - nie pytajcie o czym to było bo nie wiem - pamiętam tylko ten jego wielki widelec. Wiem, że był brzydki a samo słowo "diabeł" budziło irracjonalny lęk. Brrr;)
3. Buka - najbardziej tajemniczy z bohaterów "Muminków". Pamiętam, że nie była taka zła, ale sama jej obecność dosłownie mroziła krew w żyłach. Bajka była zupełnie niegroźna i "lekka", ale Buka… zresztą zobaczcie sami:
https://www.youtube.com/watch?v=QeRodAoZLGk
4. Wszyscy nieumarli i wampiry - to chyba nie wymaga komentarza:)
5. Czarna Wołga - to jedna z tzw. miejskich legend. Podobno Wołga nie miała klamek w drzwiach ale za to miała firanki w oknach i białe opony a kierował nią sam Szatan, wampir lub Śmierć i polowała na dzieci spuszczając im m.in. krew. Pod koniec XXw. legenda powróciła a Wołga zamieniła się w czarne BMW.
6. Duchy - nie ma żadnej wątpliwości - kryły się w szafach, pod łóżkiem i za firanką. Czasem nawet w kącie. Były perfidne - bo nie dawały zasnąć jęcząc co chwilę i bucząc:)
7. Clownów - nigdy ich nie lubiłem i do dziś mi to pozostało. Może przyczynił się do tego Stephen King a może nie - ale skutecznie mnie do nich zniechęcił
8. Ciemności. To chyba największy lęk z dzieciństwa. W żaden sposób niemożliwy do sprecyzowania czym tak naprawdę jest. Nie mający kształtu ani żadnej innej formy. W nim kryło się wszystko, co wymieniłem wcześniej + z tysiąc rzeczy, których tutaj nie przytoczyłem np. gigantyczny pająk, wąż, czy rekin. Strach przed ciemnością jest jak najbardziej pierwotny i pozostaje na całe życie.

Celowo pozostawiłem mrok na sam koniec. Bez względu na to jak kształtuje się kultura i media, dzieci zawsze bały się ciemności. Dlatego też, jeśli chcecie spędzić z dzieckiem czas przed snem nie opowiadając mu po raz setny tej samej bajki sprawdźcie to:
Książka "Hide and Eek" (tytuł jest wręcz genialny) pozwala dziecku walczyć z ciemnością i wszelkimi upiorami, jakie tylko przyjdą mu do głowy. Pamiętacie najlepszy oręż przeciwko Ciemności? Tak - latarka - i to dzięki niej dziecko może odkryć co kryje się za drugą stroną kartki. Zresztą - nic więcej nie napiszę. Odpalcie linka i sami sprawdźcie o czym piszę.
Tak więc na koniec - trzymajcie się - w końcu noc strachów:)

sobota, 25 października 2014

Czy "tacierzyński" się opłaca?

Mam pragmatyczne podejście do życia a decyzja o zostaniu aktywnym opiekunem wiązała się nie tylko z porzuceniem dotychczasowych obowiązków i pozostaniem w domu. Wpojono mi, że mężczyzna nie tyle czuje się odpowiedzialny za swoją rodzinę, ile przede wszystkim JEST za nią odpowiedzialny. Zatem decyzja o opiece nad dzieckiem musiała być podparta nie tylko samymi chęciami ale również zabezpieczeniem finansowym dla mnie i moich bliskich.
W roku 2012 było głośno o matkach, które urodziły dzieci w pierwszych miesiącach roku i domagały się wydłużenia czasu urlopu macierzyńskiego (przypomnę, że matki, które rodziły w późniejszych miesiącach otrzymały przywilej rocznego urlopu w przeciwieństwie do ich koleżanek, które urodziły raptem parę miesięcy wcześniej i miały do dyspozycji tylko 6 miesięcy opieki nad dzieckiem). Po kilku publicznych spotkaniach z politykami i ówczesnym premierem - dopięły swego. Rok 2013 miał być rokiem rodziny i temu przyświecały wcześniejsze zmiany. W praktyce dało to możliwość nie tylko wydłużonego czasu opieki nad dzieckiem, ale też wydłużenia otrzymywania zasiłku z tytułu narodzin malucha. Co więcej - prawo to dotyczy także ojców z czego skorzystało w tym roku aż 40 tys mężczyzn. Liczba ta stanowi 4-krotność wartości z ubiegłego roku.

Jak to działa?
Najpierw małe zestawienie:
1. Mężczyzna, któremu urodziło się dziecko przysługuje dwutygodniowy urlop z tego tytułu, z którego może skorzystać tylko(!) do ukończenia przez dziecko 12 msc życia. To tzw. urlop ojcowski. By go uzyskać wystarczy pisemny wniosek skierowany do pracodawcy.
2. "Tacierzyński", czyli scedowany z matki na ojca urlop macierzyński, za który otrzymuje on od pracodawcy 100% średniego wynagrodzenia z 12 ost miesięcy. Trwa on, w przypadku 1 dziecka maksymalnie 24 tygodnie. I z tego powodu matki, o których pisałem wcześniej toczyły wówczas batalię, gdyż właśnie od 2012 roku jego czas wynosi od 20-37 tygodni a w przypadku piątki dzieci nawet 43 tygodnie. Możliwe jest również uzyskanie urlopu dodatkowego w wymiarze od 4 do 6 tygodni.
Sporym plusem "tacierzyńskiego" jest również to, że po jego zakończeniu pracodawca jest zobowiązany przyjąć wracającego pracownika, nawet jeśli oznaczałoby to zatrudnieni go na inne ale równorzędne stanowisko.




Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu oczywistym było, że to kobieta pozostaje w domu a mężczyzna zarabia. Stereotyp samca, który zaspokaja byt rodziny poprzez wyjście po żywność do lasu upada. Obecnie męskość mierzona jest nie tylko godzinami spędzonymi w miejscu pracy czy jej efektami w firmie, ale również czasem spędzonym przy dziecku. My, młodzi ojcowie, nie mieliśmy tego luksusu by nauczył nas tego nasz ojciec. Jak widać nastąpiła pewna rewolucja - do tej pory mężczyzna nie wchodził do kuchni by gotować czy w niej sprzątać. Nie zajmował się dziećmi - był ich oparciem ale nie przewodnikiem w życiu - rolę tę pełniła nasza matka. To ona dbała o ognisko domowe, posiłki, sferę emocjonalną. U mam uczyliśmy się emocji a ojcowie byli dla nas dostępni jedynie w dni wolne. Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że dziś ojciec stał się "zbabiały"* przez opiekę nad dzieckiem. Chodzi raczej o to, że liczba tych 40 tysięcy mężczyzn skorzystała z możliwości stania się obecnym rodzicem. 

Żyjemy w świecie, w którym największym dobrem jest czas. Jak widać wszelkie zmiany wprowadzane przez rząd dają rodzicom - w tym także ojcom - wybór. Nasi ojcowie go nie mieli tego luksusu. Odpowiedź na pytanie o to czy to się opłaca jest oczywista. Stając się tzw. full-time fatherem otrzymujemy możliwość zmian na lepsze dotyczących nas samych: budowania więzi rodzinnych, pogłębienie relacji z partnerką, naukę nowych kompetencji, rozwój intelektualno-emocjonalny, sprawdzenie się w nowych dziedzinach życia społecznego, rozwijanie własnej wrażliwości oraz kompetencji komunikacyjnych. Co więcej możemy mieć czas na przewartościowanie własnego życia. Dostajemy szansę stania się obserwatorem własnego dotychczasowego życia a następnie możemy mieć całkowity wpływ na to jak nasz życie będzie wyglądać. Warto zauważyć, że pozostając w domu i opiekując się własnym dzieckiem jesteśmy jeszcze młodymi ludźmi, którzy mogą całkowicie zmienić swoje życie i ułożyć je sobie na nowo poprzez np. zmianę pracy, naukę, rozwój osobisty a przy tym pozostajemy w pobliżu osoby całkowicie zależnej od nas, którą kochamy bezwarunkowo.

Na sam koniec pozostawiam najważniejsze. Bycie aktywnym rodzicem zaprocentuje również u samego dziecka co zauważycie sami.




*określenie "zbabiały" nie ma na celu obrażania kobiet; raczej odnosi się do zniewieścienia mężczyzn, które jako zjawisko nie ma w moim przekonaniu źródła w opiece nad dzieckiem:)