środa, 7 stycznia 2015

O tolerancji ciąg dalszy

Gdy postawię przed Tobą szklankę wody napełnioną do połowy wodą odpowiesz że jest ona pusta czy pełna? To z pozoru błahe i już wałkowane przez niemal każdego od lat pytanie zadałem sobie po napisaniu ostatniego posta. 
Miałem pozostawić temat dotyczący tolerancji i równości i ruszyć z nowym zagadnieniem na blogu, jednak dalsze dyskusje w sieci na temat pomysłu obsadzenia Idrisa Elby w roli Bonda zmotywowały mnie by raz jeszcze przeczytać poprzedni tekst. Odnosił się on do tolerancji a skupiłem się na zupełnie innym zagadnieniu jakim jest poprawność polityczna, przez co powstał tekst z dość gorzkim przesłaniem. Zazwyczaj staram się być pozytywnie nastawionym do działania ale popłynąłem na tym negatywnym flow. Powiedziałem temu STOP. 

Ale od początku: od wieków mamy problem z odwzorowaniem wizerunku postaci. Jeśli chodzi o władców byli oni często przedstawiani w taki sposób by przerysować lub uwydatnić ich cechy charakteru poprzez korektę ich wizerunku. Pamiętacie jak wyglądali faraonowie? Zawsze byli smukli, wysocy, po prostu wielcy - symbolizowało to ich wysoki status społeczny i rzekomo boskie pochodzenie. Władców europejskich często ukazywaliśmy tuszując ich wizualne niedostatki. Nauczyliśmy się jednak tolerancji i zrozumienia dla inności. Przyjmowania wizerunku innych osób odpowiadającego rzeczywistości i to już całkiem dawno temu. Nie mamy problemu z tym, że matka Aleksandra Dumasa była czarnoskórą niewolnica Marie-Cassette, pradziadkiem Aleksandra Puszkina (najbardziej rosyjskiego z rosyjskich pisarzy) był Abisyńczyk o ciemnej skórze, który otrzymał szlachectwo od cara Piotra I a Polacy mieli czarnoskórego generała - Władysława Jabłonowskiego. Ale mamy problem z tym by fikcyjną postać miał zagrać czarnoskóry aktor. Całkiem niedawno przeszkadzało ludziom to, że Craig jest blondynem a teraz jest uznawany przez wielu za najlepsze wcielenie Jamesa Bonda...


W kinie od lat wybielaliśmy postaci, czego przykładem może być Mickey Rooney grający Japończyka - pana Yunioshi w "Śniadaniu u Tiffany'ego", Benedict Cumberbatch w "Star Treku" zagrał Hindusa Khana, John Wayne - Dżyngis-chana, Ben Affleck w "Argo" - osobę o latynoskim pochodzeniu - Mendeza… Przykłady możemy mnożyć. Jedne z tych kreacji były mniej lub bardziej udane, jednak nie mamy problemu z tolerancją. czy ktoś wyobraża dziś sobie, że Elizabeth Taylor mogłaby nie zagrać Kleopatry?! I teraz pytanie - w czym tkwi problem skoro Idris zagrał nordyckiego boga Heimdala w "Thorze" i wyszło mu to naprawdę nieźle?!

Czy Elba ze względu na swój kolor skóry nie potrafi wcielić się w Agenta Jej Królewskiej Mości? Czy w Anglii setki lat temu nie żyli czarnoskórzy? I finalnie - z czym konkretnie nie mógłby on sobie poradzić? Przykre jest to, że w czasach całkowitej globalizacji, swobodnego przepływu wiedzy i myśli, z doświadczeniami, jakie są za nami i całą naszą historią nadal tkwimy w tym intelektualnym prowincjonaliźmie. Wystarczy jedynie spojrzeć z innej perspektywy. Zastanowić się spokojnie by znaleźć pozytywne strony rzeczy, które pozornie są nam odległe światopoglądowo. Okaże się wówczas, że to co tak odległe, wcale nie jest czymś złym.

Elba jako Bond z pewnością wprowadziłby nową jakość w kinie akcji. Jest utalentowanym aktorem brytyjskiego pochodzenia z dorobkiem aktorskim, który wskazuje, że świetnie poradziłby sobie tworząc na nowo postać Bonda. Czekam na to i mam cichą nadzieję, że zobaczymy dojrzałą i złożoną postać. A dla mnie ma po prostu mega plusa za postać kapitana o imieniu Janek z "Prometeusza".


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz