Kiedy patrzę na swoją córkę to zdarzają się momenty, w których całkowicie mnie ona zaskakuje. Nie chodzi o to jakie nowe umiejętności zdobywa i jak się rozwija. Fascynuje mnie fakt, że ona cały czas próbuje. Nie liczyłem nigdy upadków, gdy uczyła się chodzić, a było tego było sporo, mimo to stale i konsekwentnie A. podnosiła się i podejmowała kolejną próbę. Wynika to z faktu, że dziecko nie ma wdrukowanego słowa porażka w swoim genotypie. Takie pojęcie nie istnieje. Jest za to silnie sprecyzowany CEL.
To godne podziwu, kiedy widzi się kogoś próbującego aż do skutku dopiąć swego w swoich dążeniach szczególnie, kiedy sami w pewnym momencie odpuszczamy. Zastanawiam się jak to się dzieje, że w pewnym momencie naszego życia uczymy się błędnie oceniać nasze możliwości i szanse i pojawiają się stwierdzenia typu: "NIE DA SIĘ". Bez względu na to jak blisko celu jesteśmy, a czasem dzieli nas jedynie krok, rezygnujemy tłumacząc sobie, że dalsze działania nie mają sensu.
Jak to się stało, że my dorośli przestaliśmy być Kolumbami, Kukuczkami… Jak to się stało, że przestaliśmy próbować i staliśmy się wyrobnikami marnującymi swój potencjał?
Pamiętacie mit o Syzyfie? W szkole mówi się, że to bezcelowy trud. Praca bez jakichkolwiek korzyści, która nie niesie za sobą żadnego sukcesu. Pani od polskiego wyjaśnia dzieciom, że to praca nie mająca sensu i w takim przypadku nim podejmiemy trud trzeba zaprzestać podejmowania wysiłku.
W mojej opinii mamy problem w określeniu pojęcia "SUKCES" i "ZWYCIĘSTWO" widząc w nich tylko jednostkową zapłatę za podjęty trud, który jest na samym końcu. TRUD zaś jest pojmowany jako wyczerpujący proces ponad siły, o którym marzymy by jak najszybciej się skończył. Nie dostrzegamy jego znaczenia przez co w konsekwencji nie podnosimy sobie wysoko poprzeczki zachowując poziom małostatysfakcjonującego bezpieczeństwa. Poprzez porzucenie realizacji własnych marzeń stajemy się malkontentami wierząc w nasz racjonalizm i zrównoważenie. W gruncie rzeczy dokonujemy złej oceny własnych sił i potencjału. Umniejszamy samym sobie dla własnej wygody co rodzi niezadowolenie i frustrację. Nie chodzi o myślenie Polyanny, ale o wiarę, którą tracimy z czasem i odbieramy ją swym dzieciom wpajając im, że pewne próby działania nie mają sensu.
Jako rodzic pragnę by A. była szczęśliwa w życiu dorosłym. Nie da się tego zrobić jedną rozmową, gdy będzie nastolatką. To ciągły proces, który zaczyna się znacznie wcześniej. Moim obowiązkiem jako rodzica jest nie przeszkadzanie w dążeniu do jej własnych celów. Kim chcę by była A.? To złe pytanie, ona zawsze będzie kimś. Chcę by nie zanikł w niej ten mały marzyciel i chcę by również on był zawsze przy niej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz