środa, 26 listopada 2014

Ojciec "drwaloseksualny"

Ostatnio w necie oraz mediach mainstreamowych pada nader często słowo "drwaloseksualny". Przypomnę w dużym uproszczeniu: to nowy kanon piękna/stylu u mężczyzn, który pojawił się w odpowiedzi do metroseksualizmu. Jest niemal całkowitym jego zaprzeczeniem. Mężczyzna nie nosi spodni-rurek, ma zarost (najlepiej długą brodę), nosi ciężkie buty i przypomina wyglądem kanadyjskiego drwala (flanelowa koszula w kratę, szerokie spodnie i gruby wełniany sweter). Zarost kojarzy się z czymś dzikim i pierwotnym, mocne ramiona z bezpieczeństwem, silne ręce z pomocą itd… Słowem facet ma wyglądać jak chłop śląski: "w ramionach szeroki w d…. wąski. :)

Sama kreacja mężczyzny drwaloseksualnego jest ok. Nie kwestionuję tego, bo taki wygląd jest zwyczajnie przyjemny dla oka. I choć jest to jedynie kreacja to mam wrażenie, że jej pojawienie się jest wynikiem kryzysu męskości w świecie. Męskość to empatia, opanowanie, spokój, bezpieczeństwo, to pomoc, wsparcie, wiara w wartości… to coś więcej niż wizerunek. Zrozumiałe jest zwizualizowanie tych cech w postaci mężczyzny z lasu trzymającego w ręku siekierę, który nie jest wymuskany, ale cały jego wizerunek komunikuje, że jest gotowy do działania. Żywię nadzieję, że wraz ze zmianą kanonu piękna mężczyzny proponowanego w mediach (co dla mnie nie ma większego znaczenia) zmieni się także jego charakter na lepszy a oba te elementy będą spójne i drwal nie będzie jedynie kolejną rolą, w jaką wcielają się mężczyźni.

To od nas-ojców zależy jaki wzorzec będą mieć nasze dzieci. Będą one przyglądać się naszym reakcjom, w  różnych sytuacjach, będą liczyć na naszą zaradność, opanowanie czy też siłę gdy będzie tego wymagać sytuacja. To co zobaczą w nas i jak nas zapamiętają będzie dla nich wyznacznikiem tego z kim zwiążą się nasze córki i na jakich mężczyzn wyrosną nasi synowie.

A co do prawdziwych mężczyzn to przytaczam znalezioną w sieci ikonografikę. Dla mnie to jest prawdziwy typ drwalopodobny. I kto powiedział, że drwal musi mieć brodę?:

piątek, 31 października 2014

Strachy mojego dzieciństwa

Witajcie.
W związku z tym, że dziś w krajach anglojęzycznych obchodzone jest święto Halloween postanowiłem napisać posta wspominkowego. Bez względu na to czy jesteś "za" czy też "przeciw" tej tradycji, wiedz, że również przedchrześcijańscy Słowianie dokładnie tej samej nocy obchodzili obrzęd Dziadów. Kościół z jednej strony z tym walczył, z drugiej zaś - przyswajał sobie tę tradycję przekształcając ją tak, by nie miała związku z zabobonami. Dziś noc guseł w Polsce zapewne wyglądałby jak jego amerykański odpowiednik.
Wieczór ten przypomniał mi o tym, że każdy z nas lubi się bać, ale chyba najtrwalsze lęki wspominamy z naszego dzieciństwa. Moje dzieciństwo upływało wraz z końcem lat 80-tych i początkiem 90-tych. W związku z tym, że nie było internetu czy kablówki a antena satelitarna i magnetowid stanowiły okno na wielki świat baliśmy się m.in. rzeczy, które widzieliśmy na kasetach VHS. Poniżej przygotowałem małe zestawienie tego co przerażało mnie, gdy byłem mały:
1. Dzięki amerykańskim slasherom poznałem największych zabójczych freaków, których bałem się bardziej niż pani uczącej nas języka polskiego (a wierzcie - było się kogo bać!;). Byli to: Jason Voorhees, Michael Myers, Freddy Kruger, Leatherface. Filmy były krwawe ale właśnie dzieciaki (ba całe rodziny!) oglądały wszystko jak leci wypożyczając kasety w wypożyczalniach lub podrzucając taśmy "na wymianę". Zdarzały się nieprzespane noce ale jakoś nie wyrośliśmy na psychopatów a wrażenia pozostały do dziś

2. Diabeł Piszczałka - nie pytajcie o czym to było bo nie wiem - pamiętam tylko ten jego wielki widelec. Wiem, że był brzydki a samo słowo "diabeł" budziło irracjonalny lęk. Brrr;)
3. Buka - najbardziej tajemniczy z bohaterów "Muminków". Pamiętam, że nie była taka zła, ale sama jej obecność dosłownie mroziła krew w żyłach. Bajka była zupełnie niegroźna i "lekka", ale Buka… zresztą zobaczcie sami:
https://www.youtube.com/watch?v=QeRodAoZLGk
4. Wszyscy nieumarli i wampiry - to chyba nie wymaga komentarza:)
5. Czarna Wołga - to jedna z tzw. miejskich legend. Podobno Wołga nie miała klamek w drzwiach ale za to miała firanki w oknach i białe opony a kierował nią sam Szatan, wampir lub Śmierć i polowała na dzieci spuszczając im m.in. krew. Pod koniec XXw. legenda powróciła a Wołga zamieniła się w czarne BMW.
6. Duchy - nie ma żadnej wątpliwości - kryły się w szafach, pod łóżkiem i za firanką. Czasem nawet w kącie. Były perfidne - bo nie dawały zasnąć jęcząc co chwilę i bucząc:)
7. Clownów - nigdy ich nie lubiłem i do dziś mi to pozostało. Może przyczynił się do tego Stephen King a może nie - ale skutecznie mnie do nich zniechęcił
8. Ciemności. To chyba największy lęk z dzieciństwa. W żaden sposób niemożliwy do sprecyzowania czym tak naprawdę jest. Nie mający kształtu ani żadnej innej formy. W nim kryło się wszystko, co wymieniłem wcześniej + z tysiąc rzeczy, których tutaj nie przytoczyłem np. gigantyczny pająk, wąż, czy rekin. Strach przed ciemnością jest jak najbardziej pierwotny i pozostaje na całe życie.

Celowo pozostawiłem mrok na sam koniec. Bez względu na to jak kształtuje się kultura i media, dzieci zawsze bały się ciemności. Dlatego też, jeśli chcecie spędzić z dzieckiem czas przed snem nie opowiadając mu po raz setny tej samej bajki sprawdźcie to:
Książka "Hide and Eek" (tytuł jest wręcz genialny) pozwala dziecku walczyć z ciemnością i wszelkimi upiorami, jakie tylko przyjdą mu do głowy. Pamiętacie najlepszy oręż przeciwko Ciemności? Tak - latarka - i to dzięki niej dziecko może odkryć co kryje się za drugą stroną kartki. Zresztą - nic więcej nie napiszę. Odpalcie linka i sami sprawdźcie o czym piszę.
Tak więc na koniec - trzymajcie się - w końcu noc strachów:)

sobota, 25 października 2014

Czy "tacierzyński" się opłaca?

Mam pragmatyczne podejście do życia a decyzja o zostaniu aktywnym opiekunem wiązała się nie tylko z porzuceniem dotychczasowych obowiązków i pozostaniem w domu. Wpojono mi, że mężczyzna nie tyle czuje się odpowiedzialny za swoją rodzinę, ile przede wszystkim JEST za nią odpowiedzialny. Zatem decyzja o opiece nad dzieckiem musiała być podparta nie tylko samymi chęciami ale również zabezpieczeniem finansowym dla mnie i moich bliskich.
W roku 2012 było głośno o matkach, które urodziły dzieci w pierwszych miesiącach roku i domagały się wydłużenia czasu urlopu macierzyńskiego (przypomnę, że matki, które rodziły w późniejszych miesiącach otrzymały przywilej rocznego urlopu w przeciwieństwie do ich koleżanek, które urodziły raptem parę miesięcy wcześniej i miały do dyspozycji tylko 6 miesięcy opieki nad dzieckiem). Po kilku publicznych spotkaniach z politykami i ówczesnym premierem - dopięły swego. Rok 2013 miał być rokiem rodziny i temu przyświecały wcześniejsze zmiany. W praktyce dało to możliwość nie tylko wydłużonego czasu opieki nad dzieckiem, ale też wydłużenia otrzymywania zasiłku z tytułu narodzin malucha. Co więcej - prawo to dotyczy także ojców z czego skorzystało w tym roku aż 40 tys mężczyzn. Liczba ta stanowi 4-krotność wartości z ubiegłego roku.

Jak to działa?
Najpierw małe zestawienie:
1. Mężczyzna, któremu urodziło się dziecko przysługuje dwutygodniowy urlop z tego tytułu, z którego może skorzystać tylko(!) do ukończenia przez dziecko 12 msc życia. To tzw. urlop ojcowski. By go uzyskać wystarczy pisemny wniosek skierowany do pracodawcy.
2. "Tacierzyński", czyli scedowany z matki na ojca urlop macierzyński, za który otrzymuje on od pracodawcy 100% średniego wynagrodzenia z 12 ost miesięcy. Trwa on, w przypadku 1 dziecka maksymalnie 24 tygodnie. I z tego powodu matki, o których pisałem wcześniej toczyły wówczas batalię, gdyż właśnie od 2012 roku jego czas wynosi od 20-37 tygodni a w przypadku piątki dzieci nawet 43 tygodnie. Możliwe jest również uzyskanie urlopu dodatkowego w wymiarze od 4 do 6 tygodni.
Sporym plusem "tacierzyńskiego" jest również to, że po jego zakończeniu pracodawca jest zobowiązany przyjąć wracającego pracownika, nawet jeśli oznaczałoby to zatrudnieni go na inne ale równorzędne stanowisko.




Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu oczywistym było, że to kobieta pozostaje w domu a mężczyzna zarabia. Stereotyp samca, który zaspokaja byt rodziny poprzez wyjście po żywność do lasu upada. Obecnie męskość mierzona jest nie tylko godzinami spędzonymi w miejscu pracy czy jej efektami w firmie, ale również czasem spędzonym przy dziecku. My, młodzi ojcowie, nie mieliśmy tego luksusu by nauczył nas tego nasz ojciec. Jak widać nastąpiła pewna rewolucja - do tej pory mężczyzna nie wchodził do kuchni by gotować czy w niej sprzątać. Nie zajmował się dziećmi - był ich oparciem ale nie przewodnikiem w życiu - rolę tę pełniła nasza matka. To ona dbała o ognisko domowe, posiłki, sferę emocjonalną. U mam uczyliśmy się emocji a ojcowie byli dla nas dostępni jedynie w dni wolne. Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że dziś ojciec stał się "zbabiały"* przez opiekę nad dzieckiem. Chodzi raczej o to, że liczba tych 40 tysięcy mężczyzn skorzystała z możliwości stania się obecnym rodzicem. 

Żyjemy w świecie, w którym największym dobrem jest czas. Jak widać wszelkie zmiany wprowadzane przez rząd dają rodzicom - w tym także ojcom - wybór. Nasi ojcowie go nie mieli tego luksusu. Odpowiedź na pytanie o to czy to się opłaca jest oczywista. Stając się tzw. full-time fatherem otrzymujemy możliwość zmian na lepsze dotyczących nas samych: budowania więzi rodzinnych, pogłębienie relacji z partnerką, naukę nowych kompetencji, rozwój intelektualno-emocjonalny, sprawdzenie się w nowych dziedzinach życia społecznego, rozwijanie własnej wrażliwości oraz kompetencji komunikacyjnych. Co więcej możemy mieć czas na przewartościowanie własnego życia. Dostajemy szansę stania się obserwatorem własnego dotychczasowego życia a następnie możemy mieć całkowity wpływ na to jak nasz życie będzie wyglądać. Warto zauważyć, że pozostając w domu i opiekując się własnym dzieckiem jesteśmy jeszcze młodymi ludźmi, którzy mogą całkowicie zmienić swoje życie i ułożyć je sobie na nowo poprzez np. zmianę pracy, naukę, rozwój osobisty a przy tym pozostajemy w pobliżu osoby całkowicie zależnej od nas, którą kochamy bezwarunkowo.

Na sam koniec pozostawiam najważniejsze. Bycie aktywnym rodzicem zaprocentuje również u samego dziecka co zauważycie sami.




*określenie "zbabiały" nie ma na celu obrażania kobiet; raczej odnosi się do zniewieścienia mężczyzn, które jako zjawisko nie ma w moim przekonaniu źródła w opiece nad dzieckiem:)





niedziela, 19 października 2014

10 zasad, przy których czas spędzony z dzieckiem nie będzie stracony

Witajcie!
Od poprzedniego posta minął miesiąc. Zakładając tego bloga założyłem sobie, że nie będzie to strona "niedzielnych wpisów". Problemem okazał się czas. Oczywiście można sobie tłumaczyć, że coś wypadło, że samemu się chorowało, że to że tamto… Tak na marginesie - nie pamiętam swojego ostatniego usprawiedliwienia, ale dobrze pamiętam usprawiedliwienia swoich współpracowników. Zawsze ceniłem sobie kreatywność, ale w tej jednej kwestii byłem stanowczy i przyświecała mi zasada: "no excuses!". Na tłumaczenia odpowiadałem jednym słowem: "O-rga-ni-za-cja!". Wszyscy wiedzieli co to oznacza - stanąć na głowie, zapisywać w dziennikach listę priorytetów każdego dnia, gdzie na pierwszym miejscu były obowiązki firmowe, później zaś - podporządkowane im pozostałe rzeczy, czyli cała prywata. Mało kto to lubił. W zasadzie nikt tego nie lubił, ale firma pracowała jak lokomotywa a efekty przychodziły same, co cieszyło wszystkich - szczególnie tych, których piliłem.
Bycie ojcem to także praca! Z racji tego, że Ada śpi z nami początek dnia zaczynał się wtedy, gdy ona się budziła. I tak wyobraźcie sobie obrazek: śpicie a tutaj PLASK! dostajecie kopniaka w twarz. Jesteście wyrwani ze snu; poruszacie się mozolnie nie otwierając oczu a tutaj trzeba zmienić pieluchę, przygotować jedzenie, znaleźć ubranko… I tak rozkręcałem się do południa.
Przez 6 miesięcy zdziadziałem.
Zdałem sobie sprawę, że nic nie udało mi się zrobić z tego, co sobie obiecałem poprzedniego dnia… Obiecywałem… Ładne słowo:) Należało wrócić do korzeni. Podstawa są żelazne zasady:
1. Początek dnia wyznaczasz Ty sam,  nie Twoje dziecko.
Nieprawdą jest, że bez budzika się nie da wstać przed dzieckiem. Można - masz partnerkę/żonę obok - jeśli Ty nie dasz rady ona z pewnością Ci pomoże. Kwestia chęci. Jeśli to jest pół godziny - możesz wtedy mieć czas tylko dla siebie.
2. Zrób krótką rozgrzewkę.
Można zacząć od jogi, pompek, przysiadów, burpees… cokolwiek. 10 minut porannego wysiłku to niewiele ale odpowiednio pobudza krążenie, rozciąga mięśnie, rozgrzewa stawy i dodaje energii dzięki czemu Twoje ciało i umysł działają sprawniej.
3. Ogarnij się.
Jeśli nie uległeś potrzebie zapuszczania brody ogól się, weź krótki prysznic, ubierz się w czyste ubranie, nie wyglądaj jak lump przy swoim dziecku. Jeśli zamierzasz chodzić cały dzień po mieszkaniu w naciągniętym dresie i nie przygotowujesz się do walki o obronę pasa mistrzowskiego konfederacji WBC to nic Cię nie usprawiedliwia.
4. Zjedz śniadanie.
Nie mam tutaj na myśli płatków kukurydzianych zalanych mlekiem. Zjedz coś pożywnego, co da Ci energię na nadchodzący czas, nie zapomnij o owocach, odpowiedniej ilości białka i węglach prostych. Jego przygotowanie nie trwa długo, a procentuje przez cały dzień.
5. Spędzaj z dzieckiem czas efektywnie.
Odłóż smartfon, tablet, wyłącz komp czy telewizor. Więcej dasz dziecku spędzając z nim czas w sposób interaktywny nie będąc pasywnym opiekunem. Pamiętaj - bycie ojcem to nie praca na etacie, ale wysiłek mierzony zaangażowaniem.
6. Naucz się odpoczywać.
Gdy dziecko zaśnie i Ty połóż się przy nim. Twoje ciało też potrzebuje czasu na regenerację a nie ma nic lepszego niż sen. Nie musisz od razu sprawdzać poczty czy siedzieć na portalu społecznościowym.
7. Bądź systematyczny i dbaj o porządek.
Gwarantuję Ci, że to tylko się opłaci. Przy dziecku lepiej mieć możliwie jak największy porządek - dzięki temu nie będziesz nerwowo szukać smoczków, butelek itp.
8. Dbaj o rytm dnia.
Dziecko ma swój rytm - jeśli zadbasz o tę rutynę będziesz mieć więcej czasu dla siebie i dla dziecka.
9. Zapisuj swoje zadania i założenia w 1 miejscu.
Przy maluchu zawsze dojdzie "coś jeszcze" a dzięki liście obowiązków niczego nie przeoczysz.
10. Gdy maluch zaśnie przygotuj rzeczy na następny dzień.
Zapewniam Cię - początek dnia następnego będzie wyglądać znacznie lepiej:)

To moja subiektywna lista 10 najważniejszych zasad. Niby błahe, ale by dojść do tego straciłem pół roku. Najważniejsze w tym wszystkim to jednak konsekwencja. Nie chodzi o to by się całkowicie zafiksować, ale o to by codzienne obowiązki Ciebie nie przytłoczyły, zwłaszcza, że Twój maluch rośnie i każdego dnia uczy się czegoś nowego. Z czasem staje się on coraz bardziej wymagający, więc im szybciej Ty wypracujesz sobie nawyki, tym łatwiej będzie potem.
W moim przypadku to się sprawdza. Acha, zapomniałem dodać - moja sylwetka wygląda lepiej niż wtedy, gdy chodziłem na siłownię.

Jeśli macie jakieś swoje patenty wpiszcie je w komentarzach. Chętnie dowiem się jak Wy - młodzi ojcowie, radzicie sobie z codziennością.
Pozdrawiam
D.


wtorek, 16 września 2014

Bycie ojcem jako start-up

Witajcie.
W wieku 30 lat, czyli wtedy gdy moi znajomi są w momencie zwrotnym swojego życia razem ze swoją żoną niskimi nakładami rozpoczęliśmy nasze największe przedsięwzięcie. Ryzyko, wyższe niż w przypadku "standardowych" przedsięwzięć podjęliśmy rok wcześniej uznając, że jest to już właściwy czas na jego rozpoczęcie. W dobie wszelkich start-upów, inkubatorów przedsiębiorczości i dzikiego korporacyjnego pędu zawarliśmy niepisaną umowę, której owoc pojawił się po planowanych 9 miesiącach. Po tym czasie narodziło się nasze pierwsze dziecko. Dodam, że jedyne. Wszystko wydawało się łatwe i przemyślane, jednak już pierwsze godziny pokazały, że będzie to niestandardowa "działalność".
W czerwcu ubiegłego roku zostałem tatą. Nie jakimś ojcem, ale "tatą". Słowo to wydało mi się na tyle nierealne, że jego brzmienie sugerowało nawet rodzaj żeński. Ten tata? Ta tata? W zasadzie byłem już w momencie swojego życia, kiedy nabywa się takiej pewności siebie, która zaistniała dzięki doświadczeniom zawodowym, samodzielności materialnej i swobodzie ekonomicznej pozwala nosić głowę wysoko. Żona, praca, dom, dziecko… Wszystko to takie oczywiste. Mąż pracuje i zarabia, żona opiekuje się dzieckiem. Jeszcze biały płotek, piesek i kicia.
Ten obrazek jakoś mi nie odpowiadał. Ani w tym życiu płotka i kici, mimo iż piesek jest i co więcej wcale nie taki spokojny. Na studiach marzyłem o przejazdach stopem, nocowaniu pod gołym bieszczadzkim niebem, wspinaczce wysokogórskiej, downhillu, fotografii starą Prakticą, książkach pamiętających stare biblioteki, wolności i swobodzie. Nigdy nie widziałem siebie jako człowieka w garniturze korporacyjnym, a mimo to zostałem na wysokim stanowisku kierowniczym. Pasje gdzieś zostały ale realizowanie ich było tak odległe, jak gwiazdy obserwowane kiedy nie myślałem ani o jutrze, ani o tym co za chwilę. Nie byłem buntownikiem, raczej szukałem spokoju od tej codziennej nerwówki. Ale lubiłem, kiedy dużo się działo, gdy biuro pracowało. czerpałem energię z tego ruchu i to motywowało. Gdy jednak urodziło się "ono" coś we mnie pękło.
Tuż po narodzinach Ady zrezygnowałem z takiego życia. Widocznie nie byłem w stanie. Od ponad roku jestem ojcem. Przyznam, nie wiedziałem, że to taka harówka. Każdego dnia motywowałem ludzi do działania, byłem w tym dobry, ale w pierwszych miesiącach sam nie potrafiłem się zmobilizować. Macierzyństwo promowane w mediach tradycyjnych i niekonwencjonalnych doprowadzało
do kompleksów. Matki niczym Wonderwoman mogły wszystko - dom lśnił, wszystko przygotowane, dzieci nakarmione a ja pieluchę składałem po 10 min… Bywało, że z półrocznym dzieckiem mogłem wytrzymać max godzinę i już nie miałem pomysłu na to co z nim robić dalej. Później było jeszcze gorzej. Zrozumiałem, że nie wiem jak to jest być ojcem. Nikt mnie tego nie nauczył. Mój ojciec jest twardym, zamkniętym w sobie człowiekiem, który pracował na rodzinę. Kiedy był w domu - też pracował. Taki był schemat - ojciec pracuje, matka wychowuje.
Chciałem być kimś więcej dla swojego dziecka. Staram się każdego dnia nim być. To kosztuje masę energii a czy inwestycja się zwraca? Już są profity. Sądzę, że odchodząc z corpo znów coś we mnie zakwitło. Zmądrzałem, odmłodniałem.
Mam na imię Dawid. 30-letni ojciec, który codziennie uczy się jak nim być. Witajcie.