wtorek, 16 września 2014

Bycie ojcem jako start-up

Witajcie.
W wieku 30 lat, czyli wtedy gdy moi znajomi są w momencie zwrotnym swojego życia razem ze swoją żoną niskimi nakładami rozpoczęliśmy nasze największe przedsięwzięcie. Ryzyko, wyższe niż w przypadku "standardowych" przedsięwzięć podjęliśmy rok wcześniej uznając, że jest to już właściwy czas na jego rozpoczęcie. W dobie wszelkich start-upów, inkubatorów przedsiębiorczości i dzikiego korporacyjnego pędu zawarliśmy niepisaną umowę, której owoc pojawił się po planowanych 9 miesiącach. Po tym czasie narodziło się nasze pierwsze dziecko. Dodam, że jedyne. Wszystko wydawało się łatwe i przemyślane, jednak już pierwsze godziny pokazały, że będzie to niestandardowa "działalność".
W czerwcu ubiegłego roku zostałem tatą. Nie jakimś ojcem, ale "tatą". Słowo to wydało mi się na tyle nierealne, że jego brzmienie sugerowało nawet rodzaj żeński. Ten tata? Ta tata? W zasadzie byłem już w momencie swojego życia, kiedy nabywa się takiej pewności siebie, która zaistniała dzięki doświadczeniom zawodowym, samodzielności materialnej i swobodzie ekonomicznej pozwala nosić głowę wysoko. Żona, praca, dom, dziecko… Wszystko to takie oczywiste. Mąż pracuje i zarabia, żona opiekuje się dzieckiem. Jeszcze biały płotek, piesek i kicia.
Ten obrazek jakoś mi nie odpowiadał. Ani w tym życiu płotka i kici, mimo iż piesek jest i co więcej wcale nie taki spokojny. Na studiach marzyłem o przejazdach stopem, nocowaniu pod gołym bieszczadzkim niebem, wspinaczce wysokogórskiej, downhillu, fotografii starą Prakticą, książkach pamiętających stare biblioteki, wolności i swobodzie. Nigdy nie widziałem siebie jako człowieka w garniturze korporacyjnym, a mimo to zostałem na wysokim stanowisku kierowniczym. Pasje gdzieś zostały ale realizowanie ich było tak odległe, jak gwiazdy obserwowane kiedy nie myślałem ani o jutrze, ani o tym co za chwilę. Nie byłem buntownikiem, raczej szukałem spokoju od tej codziennej nerwówki. Ale lubiłem, kiedy dużo się działo, gdy biuro pracowało. czerpałem energię z tego ruchu i to motywowało. Gdy jednak urodziło się "ono" coś we mnie pękło.
Tuż po narodzinach Ady zrezygnowałem z takiego życia. Widocznie nie byłem w stanie. Od ponad roku jestem ojcem. Przyznam, nie wiedziałem, że to taka harówka. Każdego dnia motywowałem ludzi do działania, byłem w tym dobry, ale w pierwszych miesiącach sam nie potrafiłem się zmobilizować. Macierzyństwo promowane w mediach tradycyjnych i niekonwencjonalnych doprowadzało
do kompleksów. Matki niczym Wonderwoman mogły wszystko - dom lśnił, wszystko przygotowane, dzieci nakarmione a ja pieluchę składałem po 10 min… Bywało, że z półrocznym dzieckiem mogłem wytrzymać max godzinę i już nie miałem pomysłu na to co z nim robić dalej. Później było jeszcze gorzej. Zrozumiałem, że nie wiem jak to jest być ojcem. Nikt mnie tego nie nauczył. Mój ojciec jest twardym, zamkniętym w sobie człowiekiem, który pracował na rodzinę. Kiedy był w domu - też pracował. Taki był schemat - ojciec pracuje, matka wychowuje.
Chciałem być kimś więcej dla swojego dziecka. Staram się każdego dnia nim być. To kosztuje masę energii a czy inwestycja się zwraca? Już są profity. Sądzę, że odchodząc z corpo znów coś we mnie zakwitło. Zmądrzałem, odmłodniałem.
Mam na imię Dawid. 30-letni ojciec, który codziennie uczy się jak nim być. Witajcie.